Dość długo mnie tu nie było. Posta planowałam dodać wcześniej jednak początki z nowym członkiem rodziny do najłatwiejszych nie należały. Abstrahując od dość stresującej końcówki porodu (poowijanie pępowiną itd.), kiedy przywieziono mi Antka na salę był mało żywotny, nie chciał jeść nawet, ciągle spał. Na szczęście płukanie żołądka i kroplówki pomogły i nasz pobyt w szpitalu wydłużył się jedynie o dzień.
Niestety po naszym powrocie do domu u Jasia i męża pojawiły się oznaki kolejnego zarażenia grypą żołądkową. Pomimo izolacji, Antka nie udało się uchronić i kolejny raz trafiliśmy do szpitala na cztery dni. Oddział dziecięcy paskudny, odrapane i okratowane łóżka, ale po dniu szło się przyzwyczaić. Najważniejsze było poczucie bezpieczeństwa - niedopuszczenie do odwodnienia.
Po powrocie do domu towarzyszył mi stres przed pojawieniem się potencjalnej drugiej fazy rotawirusa, na szczęście nic się nie działo z maluchem złego. Tym razem padło jednak na mnie, grypa żołądkowa dała o sobie znać z opóźnionym zapłonem, ale też wykończyła nerwowo, bo czułam się fatalnie, mdliło niesamowicie, nie mogłam za wiele pić i jeść, a Antek robił się słaby - chyba mleko zaczęło zanikać. Na szczęście tragicznie czułam się jeden dzień tylko i następnego mogłam już spożywać płyny itd. Lekarka nie stwierdziła u niego odstępstw od normy i bardzo chciałabym by wszystko wreszcie wróciło na normalne tory, ale zobaczymy cóż to będzie.
Jeszcze podzielę się paroma spostrzeżeniami odnośnie drugiego porodu. Otóż spodziewałam się, że proces pójdzie znacznie łatwiej. Słyszałam bowiem, że często tak bywa. U mnie się to nie sprawdziło... albo paradoksalnie próg bólu po pierwszym rozwiązaniu mi się obniżył, albo naprawdę bolało nie do zniesienia, nawet parcie, które w przypadku Jasia było wręcz 'przyjemnością'. Przyznam, że po drugim porodzie została mi trauma i wiem, że nie mogłabym już rodzić naturalnie. Nie mam na celu straszenia w tym momencie, bo jak wspomniałam wcześniej, nasłuchałam się wielu wiarygodnych historii, że drugi poród to pikuś w porównaniu z pierwszym.


Jasiu ciepło przywitał Antka. Myślę, że go polubił. Co prawda odkąd młodszy brat się pojawił Jasiu znacznie częściej chce bywać na rękach, ale ogólnie nie odczuwam jakiejś zazdrości z jego strony. Czasami nawet chce pomóc w okryciu czy zmianie pieluchy. Początkowe zainteresowanie powoli zastępuje przyjęcie nowej sytuacji do wiadomości;)
Na kociakach pojawienie się nowego członka rodziny większego wrażenia nie zrobiło. Niestety zaniedbuję je trochę, Jasia zresztą też, bo najwięcej uwagi wymaga Antek. Mam nadzieję jednak, że sytuacja szybko się wyklaruje i nikt nie będzie czuł się pokrzywdzony.
P.S. Obecnie jestem trochę zmęczona, mam jednak nadzieję, że do końca roku uda mi się nadrobić blogowe zaległości.
Pozdrawiam serdecznie:)